Trumpolina dla Putina

Sprawa ewentualnego posiadania przez Rosjan materiałów kompromitujących Donalda Trumpa już mocno przycichła, więc to zdecydowanie dobry moment, żeby przyjrzeć się jej ponownie, na zimno i w kontekście polityki prowadzonej przez 45 prezydenta USA. Przypomnijmy, informacja o rzekomych „kompromatach” trafiła do mediów na przełomie roku 2016 i 2017. Rewelacje byłego brytyjskiego szpiega, który sporządził notatkę poruszającą temat, nie wywołały jednak ani trzęsienia ziemi, ani nawet burzy. Również środki masowego przekazu podeszły wtedy do tematu dosyć powściągliwie.
Trumpolina dla Putina

Zgodnie z notatką sporządzoną przez byłego oficera MI-6, który w latach 90 przebywał w Moskwie, Trump miał zostać nagrany przez rosyjskie służby podczas spotkań z prostytutkami w jednym z moskiewskich hoteli. Amerykański wywiad podszedł do tej informacji bardzo poważnie, i choć nieoficjalnie, przyznał jednak, że brytyjskie źródła są wiarygodne. Opinia publiczna, przyzwyczajona do zdjęć, filmów, lub choćby pikantnych wypowiedzi nie do końca wiarygodnych świadków, tu nie miała się jednak zupełnie czego złapać. Dziennikarze i eksperci pospekulowali więc przez kilka dni, co by było gdyby, po czym temat przykrył medialny kurz. O co więc chodziło w całej sprawie? Wszystko stanie się prostsze, jeśli spojrzymy na problem takimi samymi oczami, jak te które ów raport stworzyły. Rosjanie zawsze byli mistrzami wywiadu długodystansowego. Są jak bardzo pracowity i cierpliwy sadownik. Pielęgnują, podlewają i czekają owoców. Nie tracą zapału jeśli po pierwszym, drugim, czy nawet trzecim sezonie zbiory są mizerne. Wiedzą, że jeśli wszystko zrobią właściwie, efekty prędzej lub później, ale się pojawią.

Z drugiej strony, nie jest tajemnicą, że Trump jest mizoginem i megalomanem, przekonanym o swojej nietykalności, czy niemal boskości. Taki sposób postrzegania siebie i świata sprawił, że wielokrotnie wikłał się w różnej maści skandale finansowe i obyczajowe. Bez względu na ich wynik zawsze jednak był na szczycie, a do tego próbował robić interesy w Rosji. Pytanie zasadnicze brzmi więc, czy ktoś taki mógł umknąć uwadze rosyjskich służb? Służb, które, co należy podkreślić, mają pod ścisłą choć dyskretną kontrolą każdy lepszy hotel w Moskwie czy Petersburgu i bez żadnych skrupułów podglądają i podsłuchują zagranicznych gości, ich komputery i telefony komórkowe. Odpowiedź może być tylko jedna, cokolwiek Trump robił w Rosji, z całą pewnością zostało to dokładnie opisane i udokumentowane. Jeśli więc zrobił coś, czym mógłby być później szantażowany, to możemy być absolutnie pewni, że Rosjanie to wykorzystali. Co działoby się dalej, gdybyśmy przyjęli założenie, że kremlowskie służby uczyniły swoim współpracownikiem przyszłego, amerykańskiego prezydenta? Od tego momentu to stratedzy na Kremlu decydowali o politycznej karierze miliardera, choć pewnie nikt nie przypuszczał, że może on zajść aż tak daleko. Dla Rosjan wystarczającym sukcesem był już sam fakt rozważania przez Republikanów nominacji dla Trump’a. To oznaczało umieszczenie swojego człowieka blisko ośrodka decyzyjnego najbardziej nieprzychylnego Kremlowi stronnictwa w USA. Wtedy stało się coś, czego zapewne nawet Rosjanie nie brali realnie pod uwagę. Trump, jako kandydat na prezydenta USA zaczął żyć własnym życiem, a sondaże okazały się aż nadto obiecujące. To wystarczyło, by na Kremlu podjęto decyzję o dodatkowym wsparciu i zaangażowaniu. W tym miejscu już nie ma mowy o domysłach.

Wydalenie przez Obamę, w ostatnich dniach urzędowania, kilkudziesięciu rosyjskich dyplomatów oraz oficjalne oskarżenia o ataki hakerskie na serwery partii demokratycznej wynikały z udokumentowanych prób wpłynięcia na wyniki wyborów. Ostatecznie to Trump okazał się zwycięzcą i jeśli notatka brytyjskiego szpiega opiera się na faktach, to trudno wyobrazić sobie, by rosyjski wywiad mógł odnieść bardziej spektakularny sukces. Nawet wykradnięcie z Los Alamos planów amerykańskiej bomby atomowej to przy tym dziecinny wybryk. Sprawa ujrzała jednak światło dzienne i jest to najlepszy dowód na to, że amerykańskie służby nie są tak zardzewiałe, jak się o nich ostatnio mówi. A że stało się to zbyt późno, aby możliwym było powstrzymanie wyboru Trumpa na najważniejszy urząd, pojawiło się więc pytanie, co teraz? Jak największe mocarstwo świata może wyjść z twarzą, z czegoś tak kompromitującego, jak wybór współpracownika wrogiego wywiadu na własnego prezydenta? Usunięcie go z urzędu już na początku i pod jakimkolwiek pretekstem wywołałoby burzę, tak samo jak ujawnienie prawdy. Efektem każdego z tych posunięć byłaby też kompromitacja urzędu prezydenta USA i służb, które dbają o bezpieczeństwo państwa. Amerykanie nie zapomnieli jednak, jak manipulować informacją i wykorzystywać sytuację. Będąc na przegranej pozycji odwrócili losy rozgrywki i rozbroili tę bombę używając starej, sprawdzonej metody. Polega na wykorzystaniu wysokiej rangi, byłego funkcjonariusza, którego strona przeciwna może w prosty sposób zidentyfikować. Kogoś, o kim można powiedzieć, że zna się na robocie, był cenionym specjalistą, a przede wszystkim wciąż ma kontakty na odpowiednim szczeblu. Wskazano w ten sposób, że jest bardzo wiarygodny, podkreślając jednak, że nie ma już żadnych formalnych związków ze służbami, a to co robi, mówi i pisze, to jedynie jego inicjatywa. Dzięki temu opinia publiczna podchodzi do takich rewelacji z dystansem, traktując je bardziej jak plotki, a uwadze umyka fakt, że adresatem notatki byłego oficera MI-6 wcale nie była opinia publiczna, ale decydenci na Kremlu. Amerykanie posługując się uwiarygodnionym źródłem powiedzieli Rosjanom, że wiedzą o sprawie i że Trump jest pod ich kontrolą. Jednocześnie, nie robiąc tego oficjalnie, zostawili Putinowi jedynie tyle miejsca, by mógł wszystkiemu zaprzeczyć. Zmusili Rosjan, by ci przyznali, że materiały kompromitujące Trumpa to bzdura, a cała sprawa została od początku do końca zmyślona przez tych, którzy chcą zaszkodzić nawiązaniu poprawnych relacji między nową amerykańską administracją, a Moskwą. Doprowadzono do sytuacji, w której to Rosjanom będzie teraz w równym stopniu zależeć na tym, by prawda nigdy nie wyszła na jaw. W przeciwnym wypadku, cały świat będzie wiedział, że po pierwsze Putin nie cofnie się przed niczym i nie uszanuje nikogo, po drugie, że jego słowo nic nie znaczy i nie jest on w stanie kontrolować podległych mu służb i elit. Co na całej sprawie zyskali Amerykanie? Mają prezydenta, którego wybrał naród, teoretycznie wbrew elitom. Swój chłop, który zawsze mówi, co myśli. To, że w chwili obecnej okazuje się co raz bardziej ugrzeczniony i uległy, a po jego buńczucznych wypowiedziach pozostały jedynie lajki wiernych wyborców na Twitterze, umknie uwadze większości z nich. Z czasem Trump będzie się co raz bardziej odsuwał w cień, przejmując raczej rolę reprezentacyjną, a wielką polityką zajmą się sprawdzeni i przewidywalni gracze, jak choćby wiceprezydent Mike Pence.

Oczywiście sceptycy powiedzą, że to wszystko domysły i teorie spiskowe bez cienia dowodu. Jeśli tak rzeczywiście jest, to dlaczego departament sprawiedliwości odniósł się do tych rewelacji dopiero po kilku dniach milczenia, a służby USA spotkały z Trumpem, by omówić kwestie z nimi związane? Dlaczego raport jednego człowieka wywołał taką reakcję i dlaczego potraktowano go tak poważnie? Odpowiedź brzmi, dlatego że to nie on był jego autorem. Pełnił jedynie rolę kuriera. Amerykanie wsadzili Rosjanom palec do lufy. Jeśli Rosjanie wystrzelą, USA stracą palec, ale Rosjanie z pewnością również ucierpią. Trump, który zapewne od paru lat był zakładnikiem Kremla, od tego momentu stał się również zakładnikiem swoich podwładnych. Trudno powiedzieć, czy dotychczasowy bilans prezydentury Trumpa jest obrazem toczącego się za kulisami konfliktu. Już na pierwszy rzut oka widać jednak brak spójności, czy choćby jasno wytyczonego kierunku. Trump i jego administracja reagują na sytuację, w co raz mniejszym jednak stopniu mogą ją kreować. Prezydent udaje silnego i nieugiętego, jego działania są jednak chaotyczne, a w kwestiach związanych z kierunkiem rosyjskim brak jest jakiejkolwiek przewidywalności, czy choćby dystansu. Pragnący poklasku i patrzący na wszystkich z góry, w towarzystwie Putina zachowuje się, jak skarcony wzrokiem rodzica pięciolatek. W tym przypadku z mowy ciała wynika coś zupełnie innego, niż Donald Trump chciałby, aby zobaczyli jego rodacy. Pytanie brzmi, na ile skutecznie i jak długo da się go kontrolować? I jestem przekonany, że jest to pytanie, które nieustannie zadają sobie zarówno Amerykanie, jak i Rosjanie.

Pytania?
Skontaktuj się

Formularz kontaktowy

    Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych przez Inveritas Tomasz Broniś z siedzibą w Grodzisku-Mazowieckim, przy ulicy Osowieckiej 1G w celu przesyłania treści marketingowych na mój adres e-mail lub numer telefonu podany powyżej w formularzu kontaktowym.

    Zawiadamiamy, że administratorem Państwa danych osobowych podanych w powyższym formularzu jest Inveritas Tomasz Broniś z siedzibą w Grodzkisku-Mazowieckim, przy ulicy Osowieckiej 1G. Wszelkie pytania i wątpliwości prosimy kierować do naszego ADO, Tomasz Broniś na adres kontakt@inveritas.pl. Państwa dane przetwarzane będą wyłącznie w celu udzielenia odpowiedzi na zapytanie zgodnie z zasadą, która głosi, że przetwarzanie danych jest zgodne z prawem jeżeli jest niezbędne w celu realizacji umowy lub przed jej zawarciem. W przypadku wyrażenia powyższej zgody, dane będą również wykorzystywane do przesyłania treści marketingowych. Pełne informacje o danych osobowych znajdziecie Państwo w naszej polityce prywatności.